Welcome to Miami – Część I

Posted on Posted in Lifestyle

12 miesięcy temu, za górami i lasami… Welcome to Miami.

Dokładnie rok minął od naszej wspaniałej podróży poślubnej, podczas której mieliśmy okazję cześciowo zwiedzić południowo-wschodnie wybrzeże Florydy. Głównym celem naszej podróży było Miami Beach. Na wstępie zaznaczam, iż ta niesamowita wyprawa była prezentem ślubnym grupki naszych bliskich znajomych, którzy sprezentowali nam bilety lotnicze oraz pobyt w hotelu w USA, za co im jeszcze raz serdecznie dziękujemy. Po naszej stronie leżała kwestia załatwienia wizy, zapewnienia sobie wyżywienia oraz pokrycia oczywistych wydatków na miejscu.

Wiza.

Wielu naszych znajomych pytało nas, czy rzeczywiście trudno jest zdobyć wizę. Na wstępie oświadczam, że to mit i nie te czasy, gdzie wiza była dla wielu marzeniem. Najtrudniejsze było wypełnienie wniosku. W naszym przypadku na szczęście Małżon ukończył filologię angielską, dlatego ankieta w języku angielskim nie zatrzymała nas w pędzie po wizę. Wiele firm oferuje jednak wypełnienie wizy odpłatnie, dlatego osoby „nieanglojęzyczne” nie mają się czego obawiać. Pamiętam, że problematyczne było wypełnienie jedynie pola o dokładnym celu podróży (najlepiej adres) oraz przedstawienie danych osoby mieszkającej w Stanach, która mogłaby potwierdzić naszą tożsamość.
Zupełnie zgłupieliśmy.

Nie ma się czego bać.

Nie wiedzieliśmy co zrobić, ponieważ nie znaliśmy adresu hotelu (szczegóły podroży były niespodzianką) ani żadnej osoby, która przebywała w Stanach na stałe, która mogłaby nas „potwierdzić” w razie „W”. Poszperaliśmy jednak w Internecie i dowiedzieliśmy się, że wystarczy wpisać dowolny adres, który zamierzaliśmy odwiedzić (u nas był to planowany Disneyland). Danych osoby nie wpisaliśmy w ogóle. Trzeba jeszcze pamiętać, żeby podczas wypełnienia mieć gotowe zdjęcie do wizy o parametrach paszportowych, ponieważ trzeba je wgrać elektronicznie. Musi być także uiszczona opłata w wysokości 600 zł. Na koniec wniosek trzeba wysłać i wydrukować. Tyle – jeśli chodzi o samo wypełnienie i problemy z nim, szczegółowe instrukcje znajdują się na stronie ambasady.

Spotkanie z konsulem.

Po wypełnieniu wniosku mogliśmy swobodnie wybrać dogodny dla nas termin spotkania w ambasadzie amerykańskiej w Krakowie. Najbliższe terminy były dostępne w odstępie kilku dni. Przyznam, iż sama wizyta w ambasadzie była dosyć nietypowa. Kto zna dobrze Kraków, wie, że ambasada jest położona przy Placu Dominikańskim, przy niewielkiej uliczce.  Po drugiej stronie był bar, knajpka lub coś w ten deseń. Od razu zauważyliśmy,że pod ambasadą nie ma żadnych ludzi, co było dla nas bardzo dziwne. Mieli otwierać bodajże o 9.00. Za to tłumy zgromadziły się właśnie przy tym barze, co nie było zabiegiem uniknięcia chociażby nadmiernych tego dnia promieni słońca, a ścisłym zaleceniem władz ambasady. Pod wejściem nie wolno było nikomu stać i czekać. Gdy wreszcie otworzono ambasadę, przychodził urzędnik i zabierał grupkę osób, które były umówione na daną godzinę. My akurat znaleźliśmy się w grupie pierwszych.

W ambasadzie.

Zaraz po przestąpieniu przez próg ambasady musieliśmy w specjalnej półeczce zostawić wszystkie swoje rzeczy oprócz dokumentów – łącznie z telefonem komórkowym i portfelem. Następnie czekało nas przejście przez bramkę, która miała za zadanie sprawdzić obecność metalowych przedmiotów u petentów. W dalszym etapie przechodziliśmy do urzędniczki, która wydawała nam specjalny wniosek, który wypełniał amerykański urzędnik. Po przejściu po schodach do góry, kolejna urzędniczka pobrała od nas odciski palców i sprawdziła, czy nasze elektroniczne wnioski wizowe zostały prawidłowo wypełnione. W końcu przechodziliśmy do pomieszczenia, gdzie oczekiwaliśmy na rozmowę z konsulem. Amerykanin był nadzwyczaj uprzejmy. Zapytał jedynie, czy jesteśmy parą, w jakim celu jedziemy do USA, a także zapytał nas o trzy ostatnie podróże zagraniczne. Następnie zabrał nasze paszporty, poinformował nas, że otrzymaliśmy wizy na 10 lat i życzył miłych wakacji.

Pewności jednak nie ma.

Byliśmy w szoku, że tak łatwo poszło. A jeszcze większe zdziwienie  i szok dopadły nas, gdy dostaliśmy nasze paszporty po dosłownie trzech dniach roboczych (wizyta w czwartek, a kurier z paszportami był już u nas w poniedziałek). Nie byliśmy jednak w stu procentach pewni naszej podróży, ponieważ po przyjeździe do Stanów urzędnik mając uzasadnione obawy może zadecydować o naszym powrocie do Polski. Moje obawy związane były głównie z tym, iż podróż miała się odbyć bezpośrednio po ślubie. Wiadomo, że przy tej okazji zmieniłam swój stan cywilny, jak i nazwisko. Plan był taki, iż miałam podróżować na starym paszporcie. Zachodziliśmy w głowę, co w tej sytuacji zrobić ale w końcu doszliśmy do wniosku, że nikt by nie wybierał Stanów jako cel podróży poślubnej, gdyby był z tym jakiś problem. Szybko jednak zapomnieliśmy o tej sprawie, ponieważ czekał nas dalszy ciąg przygotowań ślubnych.

Podróż.

Jako, że od lat nie opuszcza mnie przeświadczenie (poparte faktami), że podczas samej podróży przydarzy się coś niespodziewanego i niekoniecznie miłego w skutkach muszę na samym wstępie opowiedzieć, czym okupione były nasze wakacje. Zacznę od tego, że po naszym ślubie i weselu położyliśmy się spać około 12.00… W południe, tak, dobrze czytacie. 3 godziny snu i pora zbierać się do żywych.. Tacy „rześcy” i tacy „wypoczęci” mieliśmy jeszcze uregulować kilka ważnych spraw. Wykończeni, poszliśmy spać około godziny 2.00. Rano w poniedziałek gonitwa podobna do tej przed weselem, załatwianie ostatnich spraw i pakowanie. Po przybyciu do Katowic mój świeżo upieczony Mąż postanowił zakupić Go Pro, żeby uwiecznić podróż poślubną. W domu – on poszedł spać, bo od 2.00 mieliśmy wyruszyć do Warszawy na lotnisko. Ja nas pakowałam mając za pomoc (na szczęście) naszą Dagmarę, świadkową, niemal siostrę, która miała mieszkać w naszym mieszkaniu pod naszą nieobecność.

Katowice – Okęcie.

Na Okęcie przybyliśmy na wpół przytomni. Oczekiwaliśmy na lot do Londynu, skąd mieliśmy przemieścić się do Charlotte w Karolinie Północnej w Stanach. Szybkie śniadanie za niebagatelne pieniądze na lotnisku (a kto biednemu zabroni bogato żyć!) i transfer na terminal. Po godzinie lotu „z haczykiem” byliśmy już na Heathrow, której jest jednym z największych lotnisk w Europie. Rzeczywiście, miałam wrażenie, że ciągnie się kilka kilometrów. Niestety… Tutaj zaczęły się przysłowiowe schody. Okazało się, że obsługa na lotnisku w Okęciu źle wydała nam boardnig pass’y i nie zacheckowała nas na wszystkie loty. Okazało się, że nasz samolot do Stanów odleciał bez nas.

Heathrow – Londyn.

Byłam bez sił.  Urzędniczka angielska poinformowała nas, że niestety, nici z naszej podróży. Zmęczenie dało się we znaki, popłynęły łzy złości i zrezygnowania. Dosłownie miałam ochotę wracać do domu. Dzięki Bogu, po raz kolejny bardzo dobra znajomość języka mojego Męża okazała się być nam ratunkiem. Małżon w jakiś sposób przekonał kobietę na lotnisku, by nas dokoptowała do kolejnego lotu do USA, która miała odbyć się za.. 4 godziny. Pocieszeni tym obrotem sprawy poszliśmy zaopatrzyć się w coś ciepłego do ubrania (jak tam zimno w tym Londynie!) i w cichym miejscu poszliśmy po prostu spać na twardych, lotniskowych krzesłach poczekalni.

Londyn – Charlotte, Północna Karolina.

Lot oczywiście był dodatkowo opóźniony o kolejne dwie godziny. Gdy po 5-6 godzinach udało nam się już wsiąść do samolotu, odetchnęliśmy z ulgą. Samolot był dobrze wyposażony, w zagłówkach były umieszczone ekrany,  można było obejrzeć filmy po angielsku, posłuchać muzyki lub pograć. Otrzymaliśmy poduszki i koce. Na nieszczęście mojego Męża, który ma niemal dwa metry wzrostu, miał on nie wiele miejsca by się rozłożyć i zasnąć. Nie zmrużył oka przez cały lot do Stanów. Podróż do Charlotte przebiegła bezproblemowo.

Wjeżdżamy czy wracamy?

Kolejnym etapem podróży była rozmowa z urzędnikiem na lotnisku, który miał zadecydować o naszym wjeździe na teren Stanów Zjednoczonych lub powrocie do Polski. W kolejce staliśmy kolejne niecałe dwie godziny. Rozmowa z urzędnikiem przebiegła dobrze, sprawdzono nasze odciski palców i pozwolono przekroczyć granicę. Byliśmy jednak świadkami zatrzymania muzułmanek, które szczegółowo przesłuchiwano. Na deser pozostał lot do Miami, skąd mieliśmy się przemieścić zorganizowanym wcześniej przewozem do hotelu w Miami Beach. Niestety.. I ten ostatni lot był opóźniony o kolejne 2 godziny. Poszliśmy się posilić, zwiedzić lotniskowe sklepy bezcłowe w strefie odlotów i czekaliśmy na lot. I doczekaliśmy się.

Bienvenidos a Miami – Witamy w Miami.

Nasze bagaże nie zaginęły, my dotarliśmy cali i zdrowi po około 30 godzinach w podróży do Stanów (doliczając różnicę czasową) na 4 rano, więc jakby nie patrzeć… Nie było źle. W Miami przywitał nas niemiłosierny upał i duchota. Znów zgłupieliśmy – była przecież 4 rano, a ciepło było jak w południe. Po potyczkach z przewoźnikiem udało nam się szczęśliwie dotrzeć do hotelu w Miami Beach.

Kończąc tę pierwszą część powiem tylko, że tradycyjnie od razu poszliśmy przywitać się z oceanem. Plaża była oddalona o 200 metrów. I.. zabrakło jedyne 15 minut do tego, by zwinął nas patrol policji, który nadzorował plażę nocą. Przestraszeni policyjnym suvem jadącym na sygnałach uciekaliśmy stamtąd jak złodzieje. Przy wejściu jak byk widniał napis o zakazie wejścia na plażę od północy do piątej rano. Godzina 5:15. Woda w oceanie okazała się jeszcze cieplejsze niż powietrze, dlatego jedyną ochłodą był prysznic i klimatyzacja w pokoju hotelowym.

Więcej w kolejnych wpisach.

Czy Wam przydarzyła się taka dziwna, bogata w przygody acz ciekawa podróż?