Małżeństwo – „orka po betonie”.

Posted on Posted in Lifestyle

Jestem żoną.

I to bardzo szczęśliwą. A dzisiaj obchodzę z Mężem swoją pierwszą rocznicę ślubu – wydarzenia, które jak się później dowiedziałam od gości weselnych było: „jak wyreżyserowane”, „jak z bajki”. I faktycznie – było tak, jak zaplanowałam, bez żadnych znaczących wpadek (o ile do wpadek nie zaliczymy zapomnianej przeze mnie podwiązki, ale dla mnie to nie miało żadnego znaczenia). Dużo pracy, dużo zaangażowania, dużo pomocy najbliższych. Jednak muszę przyznać, że umiejętności organizacji i kreatywności nauczyłam się w mojej pracy, a moje obowiązki skupione są wokół marketingu. A jak wyglada małżeństwo od kuchni?

„Orka po betonie”.

No tak. Te słowa usłyszeliśmy na naukach przedmałżeńskich, prowadzonych przez przesympatyczne małżeństwo państwa Jacka i Elżbiety Kopoczów – uroczej pary, która „od kuchni” pokazała nam, jak naprawdę smakuje małżeństwo. Ich wzajemny do siebie szacunek, miłość wyrażana nie tylko w słowach kierowanych do siebie, ale i w dotyku czy spojrzeniu, a także stawiany ponad wszystko Bóg w ich związku utwierdziły nas w przekonaniu, że chcemy z Mężem być tylko dla siebie. I żyć tak, jakby jutro miało nie być jutra. Opowiedzieli nam  o swoje trudnych początkach, dojrzewającej miłości, a także … o latających talerzach.

Wszystkim parom narzeczeńskim serdecznie polecam te nauki, szczególnie tym, dla których zawarcie małżeństwa nie jest przykrą koniecznością (bo ciąża, bo naciski rodziców, bo sama nie wiem jeszcze co), a tych, którzy składając przed Bogiem obietnicę wiedzą, że podejmą najlepszą w życiu decyzję. Siedzieliśmy na tych naukach łącznie 12 godzin (kurs weekendowy), jednak gdyby trwały dłużej – nie mielibyśmy nic przeciwko. Pomimo twardych krzeseł i zmęczenia po pracy w piątek. Tutaj [KLIK!] znajdziecie informacje o tym kursie i zainteresowanym dobrze radze nie odkładać zapisów na ostatnią chwilę (70 miejsc znika w przeciągu dwóch godzin od otwarcia eletronicznej rejestracji).

Orka po betonie!

Wracając do tytułu nagłówka, cytat „Małżeństwo to orka po betonie” usłyszeliśmy właśnie na wspomnianym wyżej kursie. Wówczas, półtora roku temu, gdy do niego przystąpiliśmy zastanawialiśmy się nad jego znaczeniem i prawdziwością. Właściwie, chyba tak naprawdę w nie nie wierzyliśmy. I nadal nie wierzymy. A dlaczego? Bo uważamy, że nic się nie zmieniło! Orka była, jest i będzie, zarówno przed małżeństwem, jak i po jego zawarciu. Związek dwojga ludzi to przecież ciągłe siebie poznawanie i docieranie, uczenie się siebie nawzajem i kompromis. To właśnie nazywam orką. To nie małżeństwo daje nam „orkę w prezencie”.

Jeżeli chodzi o zmiany „po-małżeńskie” to z całą stanowczością mogę także potwierdzić, że w naszym przypadku stare porzekadło „po ślubie się wszystko zmienia na gorsze”, które ma oznaczać oczywiście popsucie relacji nie ma i nie miało miejsca. Co więcej, w coraz większej ilości sytuacji się ze sobą zgadzamy i potrafimy dojść do porozumienia poprzez kompromis. A co ważne, są to takie sytuacje, które wcześniej były powodem naszych sprzeczek: a to niezaścielone rano łóżko (tak, mój Mąż jest niemal pedantem), a to niestarta z podłogi woda po kąpieli (tak, nie cierpię rano, gdy jestem gotowa do pracy wchodzić w skarpetach do łazienki, w której jest po kostki wody!). Możemy także pochwalić się podobnym spojrzeniem na przyszłość i plany.

„To dopiero rok małżeństwa, co wy możecie wiedzieć – dzieci”.

Jasne – ktoś może tak powiedzieć. Jednak jesteśmy ze sobą już cztery lata i nadal czujemy tę świeżość, która była na początku. Nadal tęsknimy za sobą, gdy musimy się rozstać (np. z powodu wyjazdu któregoś z nas). Jestem zdania, że gdy nie dopuści się do tego , by w związku pojawiło się zobojętnienie, brak codziennych czułości – związek będzie kwitł. Także i małżeństwo. Oby jak najdłużej.

Taką orką po betonie jest też konieczność przyzwyczajenia się do nowych realiów. Mamy psa (Ot co!), który przewrócił nasze leniwe życie do góry nogami i zmienił nas z kanapowców w miarę aktywnych ludzi – jeszcze więcej sprzątania, jeszcze więcej spacerów, jeszcze więcej odpowiedzialności (niestety nasz pies zdążył już zachorować, na szczęście wszystko jest w porządku) i jeszcze więcej pozycji na liście cotygodniowych zakupów, od witamin, po przysmaki, karmę i lekarstwa. Można by się śmiać, ale jest to właśnie niezła, przygotowawcza „orka po betonie” i sprawdzian przed decyzją o posiadaniu dziecka.

Codzienne czułości?

Tak. Mój Mąż codziennie rano całuje mnie na „dzień dobry”, całuje gdy wychodzi do pracy, gdy z niej wraca, gdy dziękuje mi za dobry obiad, całuje „na dobranoc”. Ja z kolei przytulam, gdy tylko mogę. W całym tym naszym zakochaniu potrafimy jednak odnaleźć czas tylko dla siebie i spędzać osobno czas, a jednak obok. Mam na myśli własne zainteresowania, czy odpoczynek. Bywa różnie, ale codziennie uczymy się od siebie szacunku i dzielenia się tego co mamy z innymi. To ostatnie sprawia nam obojgu niezmierną radość.

Kłótnie.

Oczywiście, zdarzają się. Ot, kłótnie to mało powiedziane. Awantury jakich mało. Rzadko, bo rzadko, a nawet bardzo rzadko, jednak są. Ale to co jest w nich najlepsze, trwają maksymalnie 15 minut, schodzi z nas całe ciśnienie, dzięki czemu znów możemy się cieszyć świeżością w naszym związku i okazywać sobie jeszcze więcej czułości. Przerobiliśmy już też milczenie – nie ma co przedłużać takich sytuacji, najlepiej się wykrzyczeć i godzić. A co jest najdziwniejsze? Że kłócimy się o pierdoły. Dosłownie. Nie przypominam sobie awantury z powodu poważnych problemów. Takiej bowiem nie było. To jest napewno coś, co chcemy w naszym związku zmienić i nad tym pracujemy. Szkoda na to czasu i nerwów.

Muszę Wam powiedzieć, że mój Mąż ma w sobie niesamowite pokłady cierpliwości i spokoju. Zdarzało się, ja, hrabianka ze wsi, pakowałam zawartość szafy i chciałam się „jechać do mamusi”. Niemal jak Alina Krawczyk z „Miodowych lat” (tylko ona się nie pakowała, po prostu wstawała i trzaskała drzwiami. Bo ja – ja to mu pokażę, ze mną nie będzie pogrywał – myślałam. A on, spokojnie podchodził, wyciągał wszystko, co zdążyłam spakować, wkładał z powrotem na wieszak i do szafy. Nie dałby mi pojechać. Ciągle gdzieś słyszy się, że rozmowa rozwiązuje wiele problemów i nasze małżeństwo jest tego świetnym przykładem. Nie ma problemów nie do rozwiązania. Zawsze jest jakieś wyjście. Potrafimy się siebie słuchać i przepraszać, a to uważam – nasza najważniejsza wartość. I niestety, nie zawsze tak było. Jednak wielu rzeczy już się nauczyliśmy i potrafimy ze sobą żyć w zgodzie i nie ograniczać siebie nawzajem.

Czy polecam małżeństwo?

Tak! Ale nie na chwilę, tylko na całe życie. By tej drugiej osobie powierzyć wszystko: smutki, zmartwienia, radość oraz by oddawać jej wszystko, co mamy w sobie najlepsze. A Wy? Jak Wam się wiedzie, Drogie Mężatki?