Czarnogóra – podróż w czasie

Posted on Posted in Fotografia, Lifestyle

Długo zabierałam się za ten wpis. Wszakże od mojego urlopu w Czarnogórze minął już miesiąc. W zasadzie, samej siebie nie potrafiłam przekonać, by do niego przysiąść. Być może dlatego, że ostatnio nie potrafię się sama odnaleźć.

Do rzeczy.

Do Czarnogóry wybraliśmy się ze znajomymi mojego Małżona. Tę dziewięciodniową wyprawę planowaliśmy już od bodaj stycznia tego roku. Zaczarowani opowieściami o magicznej Chorwacji przystaliśmy na propozycję wspólnego wyjazdu w inny kraj dalmackich wybrzeży. To pierwsza tego typu wycieczka samochodem dalej niż 700 km w naszym przypadku (moim i Małżona), w dodatku bez żadnych zarezerwowanych noclegów ani wyżywienia. Druga w tamte strony, ponieważ trzy lata temu udało nam się pojechać do Bułgarii. I ostatnia – ponieważ podróż samochodem trwała 22 godziny, na którą na pewno już się nie zdecydujemy.

czarnogóra

Niestety, okazałam się kompletnie niezorganizowana w tym przypadku, co wpłynęło na moje koszmarne samopoczucie. Chyba do końca nie dotarło do mnie, że będziemy gotować, robić zakupy etc. Na wakacjach. Koleżanka zabrała ze sobą całą masę jedzenia, a my mieliśmy dosłownie kilka rzeczy do ugotowania na obiad. Niby nic wielkiego, bo przecież są sklepy, jednak niesmak własnego niezorganizowania pozostał. Sama nie wiem jak to wytłumaczyć, chyba po prostu za bardzo przyzwyczaiłam samą siebie do wygody na wakacjach.

Jak wspomniałam, podróż była bardzo męcząca, szczególnie dla kierowców. Ja na szczęście nie musiałam prowadzić, jakoś nie mam przekonania do wsiadania za kółko cudzych samochodów. Pewnie wynika to z częstych „nauk” mojego taty, który jest mechanikiem i zna wiele przypadków, gdy ktoś pożyczał samochód od znajomego, później jakaś stłuczka i problem – głupia sytuacja. A nie daj Boże, gdy akurat Tobie przytrafi się jakaś usterka w trakcie jazdy. Zresztą, pewniej czuję się jadąc własnym samochodem. Wracając do tematu podróży, wybraliśmy trasę autostradami przez Słowację, Węgry, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę. Gdy tylko nastał ranek przywitały nas piękne widoki dalmackich wybrzeży. Jak dla mnie – niezmienny w każdym kraju Dalmacji, przez którą mieliśmy okazję jechać. Ale być może za mało widziałam.

Plan.

Plan był taki, że przyjeżdżamy na miejsce i szukamy noclegu. Zajęło nam to niespełna dwie godziny. Znaleźliśmy apartamenty z aneksami kuchennymi w miejscowości Ulcinj, która jako jedyna w Czarnogórze „dysponowała” piaszczystą plażą. Do plaży piechotą mieliśmy jakieś 20 minut, dojeżdżaliśmy tam samochodem, ponieważ tak woleli znajomi. Może i dobrze, bo upał był niesamowity (temperatura oscylowała w okolicach 40 stopni Celsjusza), a komary niemiłosiernie dawały w skórę. Co do samych noclegów okazały się stosunkowo tanie (2o euro za noc) w porównaniu do Chorwacji, gdzie znajomi w ubiegłym roku płacili 80 euro za noc, co prawda z wyższym standardem.Prawda jest też taka, że mieliśmy okazję zobaczyć 5 obiektów i w każdym z nich był podobny standard. Długo się nie trzeba zastanawiać z czego to wynika, ponieważ Czarnogóra przypomina kraj z lat 90. Co prawda, zaczynają się rozwijać, wszakże posiada status kandydata do Unii Europejskiej (dzięki czemu też jej granice można przekraczać jedynie za okazaniem dowodu osobistego), jednak jest to bardzo powolny progres.

Co Cię tam zdenerwuje?

Coś, co najbardziej denerwuje przyzwyczajonego do w miarę przyzwoitych dróg Europejczyka to słabo rozwinięta infrastruktura drogowa, nie dająca możliwości szybszej jazdy, wyprzedzenia czy chociażby spokojnej jazdy! Z tego ostatniego można by się śmiać, a jakże, hrabianka przyjechała z Polski i chciałaby spokojnie jechać i to jeszcze jako pasażer. Ale o co chodzi tak naprawdę? Ano o Czarnogórców, którzy nadużywają urządzenia samochodowego jakim jest klakson. Ot tak, prewencyjnie. Wyjeżdżają z podporządkowanej – KLAKSON. Wyprzedzają – KLAKSON. Wyjeżdżają z placu – KLAKSON. Za wolno jedziesz – KLAKSON. Nie są pewni czy na drogę przypadkiem nie wtargnie ktoś z idących chodnikiem turystów – KLAKSON. Jasne, jasne – nie wszyscy, ale większość. Na dłuższą metę jest to bardzo irytujące. A przy tym nie znają uprzejmości i kultury na drodze. Jeżdżą jak chcą. Tak więc każdego, kto wybiera się samochodem do tego kraju przestrzegam, by jechać tam z dużym zapasem cierpliwości i spokoju ducha, bo ciągły dźwięk klaksonów (nawet w kurorcie) jest chyba dla nich jak „Dzień dobry!”. To, co napewno przyciągnie uwagę to kilkadziesiąt straganów z podróbkami najpopularniejszych projektantów mody: torebki, paski, apaszki, portfele etc.

Shqipëria!

Korzystając z okazji mieliśmy rownież sposobność by pojechać do Albanii, która co prawda znajdowała się jedyne 12 km od Ulcnij, jednak trzeba było ją przekroczyć 50 km dalej. Nie licząc Tirany, stolicy Albanii, jechaliśmy wioseczkami, z których bieda wyzierała na każdym kroku. To już nie były lata 90, a jakieś 70. Przejeżdżając natrafiliśmy na pogrzeb. To zdarzenie napewno zostanie długo w mojej pamięci, ponieważ wyglądało inaczej niż u nas, w Polsce. Najbardziej moją uwagę przyciągnęły kobiety ubrane na czarno, które miały na głowach zarzucone białe chusty. Płakały. Podchodzili do nich ludzie składając kondolencje. Trudno było przejechać wąską uliczką, ponieważ okolice domu otaczały tłumy ludzi. Sama Tirana przypomina znów miasto z lat 90. Warto w niej wybrać się na obiad do Sky Tower, gdzie za porządny obiad z napiwkiem zapłacimy około 50 euro dla czterech osób. Piętro wyżej nad restauracją jest ruchomy bar, który umożliwia obejrzenie całej panoramy Tiranu i najbliższych okolic.

W drodze powrotnej do Polski odwiedziliśmy Mejdjugovje, o co marzyłam. Niezwykłe, święte miejsce, cudowna figura Matki Bożej, powierzone intencje. Co ciekawe, w sklepikach z dewocjonaliami sprzedawczynie znały język polski, a i samych turystów – polaków tam nie brakowało. Można poczuć się jak w Polsce. Podróż z Ulcinj do Mejdjugovje trwała około 6 godzin, jednak w przeliczeniu i odjęciu czasu tam spędzonego trasa powrotna wyniosła tyle samo co do Czarnogóry drogą wzdłuż wybrzeża- 22 godziny.

Co na plus w Czarnogórze:

  • Ciepła i czysta, niezanieczyszczona glonami woda w Adriatyku;
  • Stosunkowo niewielu turystów, w miarę puste plaże;
  • Widoki niezmącone nowoczesnością;
  • Pizza – bardzo smaczna, niemal tradycyjnie włoska;
  • Tanie noclegi, tanie produkty w sklepach spożywczych, tanie atrakcje wodne;
  • Tanie ubrania dobrej, włoskiej jakości w wielu sklepach;

Co na minus w Czarnogórze:

  • Niesmaczne pieczywo, można odnieść wrażenie, że bardzo sztuczne;
  • Kiepska infrastruktura drogowa;
  • Odległość geograficzna (od Polski);
  • Bardzo słaba języka angielskiego tubylców, która znacznie utrudniała kontakt.

Wszystko wszystkim, jednak była to moja pierwsza i ostatnia podróż do Czarnogóry. Każdy ma swoje zdanie, ale niestety, mnie nie oczarowała. Być może jest to dziwny punkt odniesienia do innych podróży, które miałam okazję ostatnimi czasy odbyć. Być może to kwestia osobistych uprzedzeń czy też zderzenia wcześniejszej opinii z rzeczywistością.